Jak chciałabym umrzeć powrót >>

Nie należy na to pytanie odpowiadać. Nie wolno nawet stawiać go sobie ani tym bardziej komuś innemu. Kimże jesteśmy, abyśmy mieli wybierać, jak i kiedy umrzemy.

"W pozycji wyprostowanej, samotnie w schludnym hotelu." - odpowiedział poeta Zbyszek Herbert. Ale jak napisał Leśmian: "jeden zowąd śmierć sobie wybiera, ale drugi tą śmiercią umiera".

Umierałam już tak wiele razy - najczęściej, kiedy byłam dzieckiem.
- Jak mamy zginąć, to razem - słyszałam nad swoją głową przejmujący szept rodziców.
- Kiedy będą strzelać - uciekaj, pamiętaj, uciekaj najszybciej, jak potrafisz, i nigdy się nie oglądaj. Nawet gdyby mamusia upadła - nie odwracaj się, uciekaj.

Omawiano ze mną technicznie i rzeczowo okoliczności mojej śmierci, tak jak dzisiaj omawia się z dzieckiem technikę jazdy na rowerku.
- A potem przytul się do jakiejś pani i poproś, żeby cię ze sobą zabrała.

Potem już nie strzelano do nas. Mamy nie zabrano na ciężarówkę i nie wywieziono do obozu. Znalazłyśmy się po drugiej stronie getta - w innym świecie. Nie było w nim Żydów. Byli normalni ludzie i tylko my musiałyśmy stale uważać, aby być takie jak oni. Teraz to ja ostrzegałam mamę: - Nie wychodź z domu sama, uważaj, jak mamy zginąć, to razem.
Przyszła taka chwila, kiedy trzymałam już w ręce kapsułkę z trucizną.
- Połkniesz, jak ci powiem - szeptała mama. Na schodach byli już Niemcy. A ja martwiłam się, czy potrafię to połknąć bez wody, a jednocześnie zastanawiałam się, jakie to jest - to umieranie.

Miałam wtedy cztery lata.

A kiedy miałam siedem lat, umierał mój ojciec. Przeżywałam to z nim dzień po dniu, aż do końca. Oczekiwano później ode mnie, żebym była normalnym dzieckiem, jak wszystkie. Ja też się bardzo starałam. Ale myśli o śmierci nie chciały, czy nie mogły, mnie opuścić.

Nudziłam się w szkole. To, o czym tam mówiono, dalekie było od tego, co działo się we mnie.

Miałam już za sobą doświadczenie i ogrom przeżyć - doroślejszych niż jakakolwiek dorosłość. Byłam starym dzieckiem dojrzalszym często od ludzi, którzy mnie otaczali. Myślałam o śmierci z zainteresowaniem badacza.

Przyglądałam się swoim rękom - małym, kształtnym dłoniom, o długich, wąskich palcach, tak sprawnych i giętkich. Na serdecznym palcu prawej ręki pierścionek z różowym koralem - prezent od mamy na dziewiąte urodziny.

Czy kiedy umrę, umrą też moje ręce? - próbowałam to sobie wyobrazić.

A potem - dużo, dużo później - chciałam umrzeć z powodu mężczyzny. Jednego, potem drugiego, trzeciego.

Wydawałoby się, że moje dzieciństwo powinno mnie było nauczyć na zawsze cenić życie ponad wszystko. I nauczyło, tylko że ja jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam.

Leżałam na podłodze, z głową przytuloną do krawędzi kanapy.

Chciałam umrzeć, bo on już nie chciał ze mną być. Chciałam umrzeć, bo przyszedł ten list - na który my, kobiety, podświadomie zawsze czekamy. A kiedy przychodzi, ogarnia nas wbrew logice, wbrew intuicji, wbrew temu głosowi, który dawno podpowiadał, że to tak właśnie się skończy - przemożne zdumienie. I nie myślimy już nic, mamy dreszcze i jest nam już tylko bardzo zimno.

Drżałam od chłodu, zbyt bezwolna, by się unieść i przykryć kocem. Obok, w zasięgu ręki, leżała fiolka z tabletkami, których tak wiele zażyłam, ale trochę jeszcze zostało.


Umierałam odurzona tabletkami.

Jak na górskiej wspinaczce: zbliżałam się do ostrej skalnej krawędzi - poza nią była już tylko chłodna, szara, nieprzenikniona mgła.

I zatrzymałam się wtedy na jej skraju - nie spadłam. - Uciekaj! - wołało coś we mnie - głos mamy, ojca. - Uciekaj, nie oglądaj się za siebie, nie daj się zabić.

Nie, nie znalazłam pani, do której mogłabym się przytulić. Ale poczułam, że jestem jednocześnie swoim dzieckiem i swoją mamą. Muszę ratować to dziecko, muszę troszczyć się o mamę.
Podniosłam się, na czworakach powędrowałam do łazienki. Umyłam twarz. W żołądku nie ustawał mdlący ból - od wielu godzin nic nie jadłam.

Trzymając się ścian, przeszłam do kuchni - poprzez mgłę i szum w uszach odnalazłam znajome sprzęty. Ugotowałam sobie kleik - zmusiłam się, żeby go zjeść i nie zwrócić. Potem w łazience przyjrzałam się jeszcze raz swojej twarzy w lustrze.

To była ciągle jeszcze moja twarz - blada, zapadnięta, ale moja. Czarne oczy, opuchnięte teraz, ale ciągle żywe.

"Proszę mnie zabrać do siebie - oprócz pani nie mam już nikogo innego", powiedziałam do lustra. I nie umarłam.

Odtąd zrozumiałam, że liczy się każdy dzień i każda godzina. Zrozumiałam, że życie nasze nie jest nam podarowane, tylko pożyczone, i nie warto oddawać go zbyt wcześnie. A już na pewno nie z powodu mężczyzny. Dlatego nie odpowiem na pytanie, jak chciałabym umrzeć. Bo nie chciałabym umrzeć wcale.
Witam każdy dzień z ciekawością, rozstaję się z nim z żalem.

Pamiętam taką opowiastkę, którą czytałyśmy kiedyś chyba w szkole na lekcji francuskiego:

Pierrot wychylił się i wypadł z dziesiątego piętra. - Jak się czujesz? - krzyknął ktoś do spadającego. - Bardzo dobrze - odpowiedział- byleby to mogło tak trwać dalej.

 

© Wydawnictwo Literackie 2006-2010 projekt i wykonanie: YELLOWTEAM.PL